Cisza, której nie znałem

Droga kończy się wcześniej, niż myślałem. Dalej już tylko las i ścieżka.

Zostawiam samochód. Idę. Po kilku krokach miasto, które miałem w głowie jeszcze godzinę temu, robi się dziwnie odległe — jakby ktoś ściszył dźwięk.

Dom stoi tam, gdzie powietrze pachnie żywicą. Czarne drewno, prawie niewidoczne między pniami. Dopiero przeszklenie zdradza, że to nie część lasu.

Wieczór

W środku jest ciepło i ciemno od drewna. Zapalam jedno światło. Wystarczy.

Za szybą robi się granatowo, potem czarno. Nie ma latarni, więc noc jest prawdziwa — taka, jakiej w mieście się nie widuje. Patrzę długo w nic i nie czuję, żeby coś mnie omijało.

Deszcz na blasze

W nocy zaczyna padać. Dźwięk na blaszanym dachu jest równy, bliski, kojący. Leżę na antresoli i słucham.

Nie sięgam po telefon. Nie ma po co — i to jest najdziwniejsze, jak szybko przestaje mi go brakować.

Rano

Budzę się od światła, nie od alarmu. Wschód wpada przez południowe przeszklenie i kładzie się na podłodze.

Parzę kawę. Otwieram drzwi. Las stoi tam, gdzie był wczoraj — cierpliwy, mokry, cichy.

Nie byłem sam. Byłem tylko bez nikogo. To różnica, której nie znałem, dopóki tu nie przyjechałem.